W świętej wojnie prowadzonej przez pseudokibiców filmowych szwarccharakterów będących antagonistami jednego z moich ulubionych bohaterów komiksowych zajmowałem zawsze pozycję mniejszościową. Siedziałem w małym okopie z innymi (o ile istnieją) fanami Pingwina, i rzucałem stamtąd podpalone flaszki z naftą oraz granaty zaczepno-obronne w kierunku całej kupy wielbicieli tego żałosnego typa. No, nie powinno nikogo dziwić, że liczyli się dla mnie tylko ci dwaj. Reszta? – nie dość że to marne imitacje bohaterów grywane przez średnio zabawnych freaków, to jeszcze pojawiają się w filmach, hmm, niekanonicznych. Przez te rozumiem dwie fantastyczne (tak, tak) produkcje Tima Burtona: Batman (1989) i Batman Returns (1992). A tam Joker najbardziej znanego fana Lakersów ani nie był zabawny, ani przerażający, ani groteskowy; on nawet szalony nie był oO. To wszystko miał natomiast Danny de Vito. Sorry, Jack, dla mnie jesteś Lśnieniem i Lotem nad kukułczym gniazdem, tylko i aż tym. Danny rządził.

W każdym razie w takim przekonaniu tkwiłem aż do 2008 roku, czyli chwili objawienia w stylu księcia Gautamy, nie uwłaczając ;) . I cóż, prequel, sequel czy midquel z Heathem Ledgerem z pewnością nie powstanie, więc będę musiał oglądać wspaniałego Mrocznego Rycerza aż do zdarcia płyty. Film jest na dodatek tak bogaty w wątki karnistyczne, że kiedy wreszcie zdecydowałem się poświęcić mu wpis, wyglądałem jak Joker mówiący o sobie, że jest psem biegającym za samochodami. Po etapie galopady myśli i średnio kontrolowanych drgawek osiągnąłem homeostazę i w ten cudowny sposób wybrałem dwa fragmenty.

Jeden z nich zawiera wspomniany cytacik.

I drugi z minieksperymentem Jokera; poza kwalifikacją prawną interesuje mnie to, czy podobnego przedsięwzięcia ktoś kiedyś gdzieś już się podjął. I po co.

Okazuje się, że 1 kwietnia to w tym roku święto nie tyle durnych wygłupów (kto z Was dostał sms o treści: ‘braciszku/siostrzyczko, nie mam kasy na koncie, zadzwoń jak najszybciej do mojego kumpla na numer 5XX XXX XXX, błagam!’ i dodzwonił się do toruńskiej rozgłośni radiowej – wie, o czym piszę), co pierwszego odcinka drugiego sezonu kultowego już – i naprawdę dobrego – serialu, który jest dobrze znany wszystkim fanom fantastyki ze względu na serię książek stanowiącą kanwę fabuły.

Na GoTa (którego poznałem nie z książek, ale świetnej gry planszowej, zapewniającej niezapomniane chwile w każde święta, rrrahaha!) czekam z wytęsknieniem, niemniej: dzisiaj nie pora na high fantasy a’la Martin czy Tolkien, ale na postapokaliptyczny, duszny, mroczny i pozbawiony życia świat, w którym to miłość do naszych braci mniejszych i empatia są miernikiem człowieczeństwa. Mowa o wizji Philipa K. Dicka, która jest czymś więcej niż tylko tłem akcji fantastycznej Do Androids Dream of Electric Sheep?, książki opublikowanej w 1968 roku, dla mnie top 10 wszech czasów.

Fabuła tak książki, jak i opartego na niej filmu Ridleya Scotta (taaak, tego typa mieszkającego w Rowie Mariańskim) Blade Runner (Łowca Androidów 1982), dotycząca – w wielkim skrócie pisząc – realizacji zleconego emerytowanemu gliniarzowi Rickowi Deckardowi (Harrison Ford) zadania wytropienia i emerytowania (retiring, cóż za eufemizm :P ) grupy zbuntowanych androidów generacji Nexus 6, jest – poza wątkiem przygodowym – wyrazem jakiejś wątpliwości co do tego gdzie kończy i gdzie zaczyna się człowieczeństwo. Teraz możecie mnie mieć za freaka, ale jeszcze zdążymy się przekonać czy miałem rację, że za 25 (tak, jak typował Dick – pierwotnie akcja książki rozgrywała się w 1967 + 25 = 1992 roku), a z pewnością za 50 lat pytanie o to kto jest ‘osobą’ zdolną do poniesienia odpowiedzialności ‘karnej’ będzie bardzo aktualne. Względnie – czy zabójstwo na szkodę androida będzie uzasadniało odpowiedzialność karną jak za zabójstwo człowieka.

Nie chcę popadać w jakieś domorosłe filozofowanie ani pisać, ze czarne nie jest czarne, bo jest (tzn. że np. maksymalnie czteroletnie funkcjonowanie androida – jak u Nexusów 6 – jest porównywalne albo tożsame z ‘życiem’ człowieka), ale wszystko jest kwestią nadania albo odebrania wartości dobru prawnemu (stąd te wszystkie ‘prawa zwierząt’). Ja jestem wobec takiej żonglerki bardzo sceptyczny, natomiast ciekawe  (znów pytanie do fanów michałków) co sądzicie np. na temat wartości używanego w książce i filmie testu Voighta-Kampffa, dokonywanego przy użyciu urządzenia o tej samej nazwie – podobnego do poligrafu, tyle, że służącego badaniu empatii. Jaką funkcję mógłby pełnić i diagnozowaniu czego służyć?

Wątek prawonomaterialny polowań (odwzajemnionych :P ) na replikantów (Zhorę i Leona Kowalskiego) jest natomiast tutaj:

.

I uwaga, spoiler gigant, kończący jedną z najlepszych scen filmowych ever, ze świetnym Rutgerem Hauerem i fantastyczną muzyką Vangelisa (propsy); z podziękowaniem dla Ann Helen, która otworzyła mi oczy :)

Wprawdzie w tym wątku podkradam skarb z królestwa, w którym niepodzielnie a miłościwie panuje nam Siostrzyczka, ale cóż, pora na mój (Mt) podwójny (!) coming out. ;)

Po pierwsze, o zgrozo!, michałki uważam za równie pasjonujące, co prawo karne materialne; to przerażające twierdzenie dotyczy zwłaszcza psychologii i psychiatrii sądowej. No, niestety, różnic między omamami a urojeniami nie widzę, lęki i obawy traktuję synonimicznie, i ogólnie czuję się w tych klimatach raczej średnio. Innymi słowy, w te srogie i ciemne jak Nan Elmoth krzaczory porastające ludzki umysł włażę rzadko , i zazwyczaj poprzestaję na zwiadzie rangerskim, który utwierdza mnie tylko w przekonaniu, że lepiej czem prędzej wiać.

Dzisiejszy skok w odmęty ludzkiej (?) chorej (?) dyni (Smashing Pumpkins!) jest uzasadniony powodem coming outu nr 2, czyli moją wielką pasją, której imię: fantastyka. Zwłaszcza literatura, i zwłaszcza polska, plus kanon typu Dick, Gaiman etc. (na nich też przyjdzie pora).

Dzisiaj klasyka gatunku i w sumie mainstream, który przykleja – niezasłużoną – łatkę literatury plebejskiej niemal. Cóż, ja mam sentyment, bo Władcę Pierścieni Tolkiena przeczytałem 4 razy (wszystkie polskie wydane tłumaczenia i oryginał; szczęśliwie zacząłem od Skibniewskiej, to był lipiec 1997 i wszystko płynęło), więc wobec filmu (trzy części w reżyserii Petera Jacksona, 2001-2003) miałem wieeeelkie oczekiwania. Katastrofy nie było (chociaż: bez Bombadila? wtf?), natomiast jeden wątek  prezentował się zupełnie interesująco i inaczej, niż w kniżce. Chodzi o mojego ulubionego bohatera, którego chciałbym, po latach, z tego miejsca :P zapytać: ziomek, co Ci?

Miłośnicy michałków!
Tym razem film przeciętny, choć z niezłą rolą Hackmana i przepiękną moją imienniczką Monicą Bellucci (dzięki Bogu sporo starszą ode mnie, ale i tak bym się z nią chętnie zamieniła). Na świecie obejrzano film w 2000 roku, a w Polsce (oczywiście) w 2001. Reżyserem był Stephen Hopkins. Jest to historia przesłuchania niewinnego faceta, który jest szaleńczo zakochany w swojej żonie (każda kobieta o tym marzy, nie każda jest w stanie to docenić – rozważania na podstawie art. 7 kpk). Na początek ustalmy:
1. Czy zdarzają się przypadki przyznania do winy podejrzanego, który jest niewinny? I czy może to dotyczyć spraw o zabójstwa?
2. Co to jest pedofilia? Jak oceniacie polskie uregulowania dotyczące przesłuchania małoletniego świadka pokrzywdzonego przestępstwem seksualnym?
3. Czy w czasie przesłuchania można stosować podstęp? Zgodnie z polskim prawem, rzecz jasna.

Przygotowując ten wpis wielokrotnie trafiała mnie szlagofrustracja porównywalna tylko z oddawaniem głosu (głosów) na Trójkowy Top Wszech Czasów. Problem miałem mianowicie taki sam: po przejrzeniu całej listy (czytaj: po obejrzeniu całego filmu kolejny już raz) przeliczyłem wybrane kawałki (czytaj: fragmenty) i wracałem do początku, bo zamiast powiedzmy dwudziestu dopuszczalnych (czytaj: nie więcej niż dwóch) zaznaczyłem sześćdziesiąt (czytaj: osiem).

Po dokonaniu siódmej przedwstępnej selekcji przesłałem Siostrze cztery fragmenty, które skwitowała zdankiem: ‘wszystkie świetne’, co stanowiło dla mnie tyleż miłą (dobrze wybrałem!), co cenną (omg) wskazówkę.

Cóż poradzić, skoro nie dość, że ten film jest klęską prawnokarnego urodzaju, to jeszcze wciąga, wciąga tak, jak to dobrze opisywał mój dobry kolega czasów licealnych: ‘wiesz, ja czasem myślę sobie: obejrzałbym scenę z <<najgorszym kiblem w Szkocji>>, więc ją oglądam, a potem myślę, że jeszcze scenę z rozmową w klubie, i oglądam, a potem scenę z rozmową kwalifikacyjną Spuda, i w końcu oglądam cały film, tylko w popapranej chronologii’ (pozdro, Bzof!).

W Trainspotting Danny’ego Boyle’a (1996), bo o nim mowa, najbardziej chyba urzeka mnie świadome żonglowanie nastrojami, podejmowanie trudnych tematów w sposób czasem żartobliwy, czasem prześmiewczy, czasem śmiertelnie poważny; nienawidzę patosu, a tutaj nieznośne decorum jest bezwzględnie łamane, i chyba to wywołuje we mnie przekonanie, że to sama (niemal), gorzka prawda.

Wspaniały soundtrack; próbkę znajdziecie poniżej. I wybaczcie, przegrałem ze sobą; 3 kawałki to absolutne minimum minimorum. ;)

.

.